Jak się chce to zawsze da się dojechać na każdym pojeździe - dla przykładu macie opis mojej wyprawy na Stelli do rodziny, gdzie robiłem jej kapitalny remont oprócz silnika (przeszedł go półtora miesiąca wcześniej). Wyruszając miałem zaledwie 516km od remontu czyli nie był nawet dotarty. Prawie 300km przejechał bez najmniejszych problemów ze strony silnika. Tyłek owszem trochę dokuczał ale po to są przerwy. Powiem jedno - warto było, bo wrażenia bezcenne.
Witam - wreszcie remont zakończony - nowy lakier położony a dodatkowo tuning przedniej zębatki na 15 z Simsona. Efekt - bardzo długie przełożenia, jedynka do 30km/h. a dwójka pod 60. Na razie poleciała 55 lecz gaźnik prywaciarski i nie da się zaradzić zbyt bogatej mieszance. Mam już załatwiony nowy oryginał - tylko poczekać te 3 tygodnie może nawet da się MC14 z Charta. A oto wrażenia z jazdy.
Plan podróży rodził się w mojej głowie od początku roku gdy postanowiłem położyć lakier. U mojej rodziny były do tego warunki: kompresor , miejsce i ewentualna pomoc.
W końcu termin wybrany - 30 maj 2008 roku. Wyjazd 3 rano, a do pokonania 251 km - trasa z Poręby k./ Zawiercia przez Myszków, Radomsko, Piotrków Trybunalski, Koluszki, Skierniewice - do miejscowości Boża Wola pod Błoniami - 20 km od granic Warszawy.
29 maj - wszystko spakowane - części , narzędzia, 2 mapy - mam zapasowy zapłon (elektronik) , 2 cewki, moduł zapłonowy , 3 zapasowe świece, i niezbędnik z wszystkim co może się przydać - żarówki, linki, kliny, wszystkie uszczelki, zapinki łańcucha, i t.p. Oczywiście też niezastąpiony spory kawałek sznurka. Na razie leżą w piwnicy - zapakuję przed wyjazdem. Cała reszta już w plecaku - rzeczy osobiste, ładowarki do telefonów i takie tam. Oczywiście Stella także sprawdzona i przygotowana.
30 maj (piątek) - pobudka 2:10 chociaż wrażenia powodują że budzę się już 1:30 i myślę jak to będzie. Szybkie śniadanie, toaleta i 2:40 wyjście z domu. Niestety - okazuje się że nie wszystko mieści się w plecaku - pakuję 3 razy i rezygnuję z apteczki, kilku rzeczy na zmianę i w końcu 3:35 wreszcie plecak się dopina - żółta kamizelka na siebie i wyprowadzam sprzęt z piwnicy.
Zapłon, kranik, pompka i za 2 kopem (kopniak łapał przy końcu) o 3:40 - Stella odpala i ruszam - w baku pół litra paliwa - ale wiem że do Orlena w Myszkowie na te 14 km starczy. Ważę 70 kg, plecak ok. 30 - popuszczone paski aby oparł się na siedzisku - tak więc ma co ciągnąć. O 4:10 jestem na stacji - leję do pełna 4,5 litra i płacę śmieszne 19,89 zł.
Kopię - nic , sprzęgło się ślizga - popuszczam linkę i już ok. Odpala od razu, wyruszam dalej - za chwilę kolejny problem - nie z motorkiem , ze światłami - mam 3 minuty czerwone - wszyscy, nawet z przeciwka jadą na zielonym już 2 raz, a ja stoję. Działają na ruch uliczny a ja chyba za małe mam gabaryty - w końcu gaszę sprowadzam na pasy i przeprowadzam na drugą stronę.
Odpalam i jadę dalej - silnik ok. pracuje ładnie - nie grzeje się - w końcu temperatura tak rano to tylko 7 stopni - cieszę się że nie pojechałem w sandałach - nawet w polarze jest chłodno. Za to budzi się piękny dzień, pogoda dopisała. Max. mojej Stelli to ok. 52 km/h - ale utrzymuję 42 - żeby nie katować silnika. Trasa za Myszkowem piękna - skałki las i rzeki - robię 2 - 3 zdjęcia i dalej w trasę - silnik ok. miałem mieć przerwy co 50 km. lecz nie grzeje się - mijam Radomsko i przed Piotrkowem - dopiero po 116 km od startu krótka przerwa w Rozprzy - jest Orlen jakby z przed 25 lat - bruk i stare dystrybutory - dolewam nieco ponad 2 litry i wiem że starczy już do końca. Kupuję 2 batony i colę - i mały piknik.
Po 15 minutach odpala za pierwszym - tyłek trochę odpoczął, moje ramiona od 50 litrowego plecaka także - można jechać dalej - ruch na razie nawet w miastach bardzo mały, samochód co minutę lub dwie, a w wioskach trochę rowerów.
O 9 jestem w Koluszkach - chwilka na zdjęcie przy tablicy z nazwą i dalej - coś zaczyna stukać - tylny lewy kierunkowskaz na dziurach się wyłamał z plastiku i dynda na kablu - nic nie zrobię bo nie mam do czego przymocować - musi wisieć dalej. Drogi chwilami kiepskie - ciągle trzeba uważać na dziury. Za Koluszkami wjeżdżam na 715 - nią tylko kilka km, lecz jest tak fatalna że delikatne aluminiowe mocowanie tłumika urywa się
i wydech opiera mi się o nogę, a jechać da się tylko 30 - przyciskam go nogą i zjeżdżam na pobocze - cieszę się że mam sznurek - 5 minut na przywiązanie i jadę dalej - jest już prawie 200km. a silnik bez zarzutu - jestem pewny już że nie zawiedzie. Zaraz potem wjeżdżam na 72 - tu ruch duży, sporo TIR-ów, ale nią tylko 15 km. i wjeżdżam w spokojniejszą 705 i przed 11 jestem w Skierniewicach. Niestety remonty a oznakowanie fatalne - po 15 km coś mi nie pasuje - to nie 705 - szukam na mapie - jestem 15 km w bok w stronę Łowicza a nie Warszawy - nic wracać nie będę - staram się dobić z powrotem do 705 innymi drogami - co chwilę staję i patrzę na mapę - wreszcie po godzinie z powrotem na trasie - już tylko ok. 50 km. Ciągnę aż do Teresina - jeszcze kilkanaście km. kluczenia po lokalnych dróżkach - z tej strony sam nigdy nie jechałem. Nareszcie - o 13:08 dojechałem na miejsce - silnik bez zarzutu - jednak to Chartowski elektronik, tylko małe straty "dziurowe".
Podsumowanie - wyszło 274 km. spalanie na dystansie - 5,96 litra - czyli ok. 2,17 l/100km. Wrażenia bezcenne - każdemu tego życzę - takiej trasy życia, dalekiej , bezawaryjnej i spokojnej. Ja wróciłem - motorek został - za miesiąc przeprowadzam się w rodzinne strony - więc nie warto było nim wracać, poczeka miesiąc w garażu kuzyna.
Oczywiście kopniak w silniku poprawiony - pali z pierwszego, kierunki i tłumik zamocowane solidnie - teraz sprzęt jest na lata, zasłużył na to - taka trasa bez awarii.