By nie zajmować Wam dużo czasu przejdę do sedna sprawy;
Od paru dni posiadam Bartona Fightera. Wszystko działało idealnie dopuki wczoraj nie postał chwilę na deszczu (ok 2h i nie jakaś ulewa, delikatnie kropiło). Gdy go odpaliłem działał normalnie, ale gdy przejechałem ok 700m to nagle zaczął tracić moc i zgasł. I tu powstał problem... ze startera było go bardzo ciężko odpalić, czasem strzelało z tłumika, jak już odpalił to z kopki. Jak już odpalił, to kiedy dodawało się gazu dławił się jakby dostawał za dużo powietrza. Kiedy nim ruszyłem to przejechało się góra 50m i gasł i tak w kółko. W pewnym momencie z okolic głowicy zaczął ulatniać się bardzo rzadki dym przypominający parę, ale było czuć w nim spaliny. Od razu pomyślałem, że poszła uszczelka pod głowicą. Jakoś doczłapałem się do domu robiąc jakieś 10km, ale w pewnym momencie "załapał" i dojechałem do domu, ale nie mogłem go spuszczać z manetki, ani dać za mocno.
Dzisiaj rano go odpaliłem bezproblemowo, ale profilaktycznie dokręciłem wszystkie śrubki (gaźnik-króciec/gardziec (jak zwał tak zwał)-cylinder, głowica, cylinder), bo ten silnik z natury generuje duże wibracje, a luzy były delikatne tylko na dwóch śrubkach głowicy. Dodatkowo przeczyściłem filtr powietrza. Po odpaleniu jeszcze chwile się podławił, a potem wszystko było w porządku.
Po tym krótkim opisie (myślę, że dość szczegółowy) mam 2 pytania;
1. czy to jest wina tego, że stał na deszczu? przypominam, że wcześniej wszystko działało bezproblemowo. jeśli tak, to jak mogę się zabezpieczyć, np. by w trakcie jazdy w deszczu nagle mi nie "zmarł"?
2. czy przez tę drogę z silnikiem mogło coś się stać? nie słychać by silnik dzwonił, coś stukało, wszystko po prostu jest jak wcześniej, jednak może coś mi umknęło
Jeśli potrzeba Wam więcej szczegółów, to walić śmiało
Liczę na Waszą pomoc,
Pozdrawiam.





Taka moja teoria 
